Приветствую Вас Гость  

Главная  | Мой профиль | Регистрация | Выход | Вход
[ Новые сообщения · Участники · Правила форума · Поиск · RSS ]
  • Страница 1 из 1
  • 1
Лазовские - жертвы и свидетели Волынской трагедии.
ФеликсовичДата: Пятница, 31.01.2025, 22:38 | Сообщение # 1
Император
Группа: Администраторы
Сообщений: 1981
Репутация: 1
Статус: Offline
"Крест Волыни."

Кшиштоф Гилевич

Книга Кшиштофа Гилевича «Крест Волыни [ Том II ]» представляет собой сборник рассказов очевидцев о преступлениях ОУН-УПА, совершенных в деревне Куповалец. Это документы
собранные автором, которые нельзя найти в Интернете.
16-17 июля 1943 года ОУН-УПА совершила убийства поляков в так называемом «Куповалецком круге», то есть в деревнях: Куповальце, Нове Гнезно, Люлувка, Шерока, Червона и Борочице, Горохувского повята.
Нападение было совершено 16 июля внезапно В первый день убивали тех, кто не успел спрятаться; во второй день ловили тех, кто не успел убежать. В итоге Куповальце было сожжено и даже взорвано здание школы. Всего было убито около 150 поляков.
Один из героев этой книги - Роман Витковский, который рассказывает нам: Нам сообщил
Генек Лазовский из Люлувки, который прибежал в Куповальце и призывал к бегству. [....]........
Их казнили во фруктовом саду  Ковалихи. Большинство было убито на месте. [....]
Я увидел, что люди бегут на луг к реке. Я сказал маме: «Я убегаю!"[...] Я добежал до луга
и заметил, что со стороны Галичан бежит много людей.
У одного из них была сильно окровавленная рубашка - это был Францишек Вуйцицкий.
Я присоединился к ним. [...]
Сразу же после этого мы увидели, что бандиты начали сжигать Куповальце.
Я никогда не забуду - это был ужасающий шум порывов раскаленного воздуха в сочетании с человеческими криками и звуками выстрелов. А потом мы увидели,
как украинцы грабят наше имущество, грузят всё на телеги и увозили их в сторону Шерока и Галичан.
[...]. Я помню зарево и столбы огня, которые всю ночь стояли над Куповальцами. Так погибло наше село, с которым были связаны годы моего детства. То, что украинцы не разграбили - они разрушили и сожгли. Они сжигали дома и хозяйственные постройки не только убитых, но и живых поляков. Стоит прочитать эту книгу, чтобы понять, какой была правда о так называемой польско-украинской войне, в которую нас пытаются заставить поверить некоторые украинские историки.
 
ФеликсовичДата: Пятница, 31.01.2025, 23:04 | Сообщение # 2
Император
Группа: Администраторы
Сообщений: 1981
Репутация: 1
Статус: Offline
Горохувский повят

Lulówka, Люлувка,
† 16 - 17 июля 1943 г.


Łazowscy:
Aleksander Łazowski
Romana z Bogackich Łazowska
Heniek (Henryk) Łazowski syn
Pelagea Łazowskа - córka
Antonina Łazowskа - synowa
Inezia Łazowskа - wnuczka, cztery lata.
Łazowska-Bogacka - babcia

"Крест Волыни." Том II
Кшиштоф Гилевич

.....Когда Генек Лазовский начал убегать от бандитов, его родственники,
работавшие на сенокосе, с начала побежали к телеге. Однако они увидели, что там были
украинцы, и они подумали, что Хенека убили. Они растерялись. Там жила
немецкая семья, и они решили спрятаться у них. Cпрятались в сарае.
Однако им не удалось уйти от погони. Бандиты настигли их.
Гапко, жившая там немка, рассказывала, что сначала они вместе с Лазовскими загнали ее в сарай,
Но когда они узнали, что она немка, ее отпустили. Она видела, как мать Лазовских
встала на колени перед бандитами и просила убить ее и отца Лазовского, а дочь Пелагею, невестку Антонину и ее четырехлетнюю доченьку Инезу оставить в живых.
Однако украинцы преднамеренно убили сначала маленькую Инезу, потом Пелагею, потом Антонину
и наконец родителей Генека, Роману и Александра, которые видели все. Затем они подожгли сарай.
Мы даже не знаем, были ли они все уже мертвы к моменту поджога.
Ранее, в доме Лазовских, украинцы убили бабушку Лазовскую-Богацкую.
Так погибла семья Лазовских.


Nowe Gniezno, Нове Гнезно,
Szeroka, Шерока,
Czerwona, Червона
Boroczyce, Борочице,
 
ФеликсовичДата: Пятница, 31.01.2025, 23:04 | Сообщение # 3
Император
Группа: Администраторы
Сообщений: 1981
Репутация: 1
Статус: Offline
K R E S O W Y Serwis Informacyjny

https://ksi.btx.pl/pdf/numer50.pdf

Krzyż Wołynia
Krzysztof Gilewicz 

Krzyż Wołynia [ tom II] ,książka Krzysztofa Gilewicza to zbiórrelacji świadków zbrodni OUN-
-UPA popełnionych w sołectwie
Kupowaleckim. To dokumenty
zebrane przez autora, których nie
znajdziemy w internecie. 16- 17
lipca 1943 r. OUN-UPA dokonało mordu Polaków w tzw. „Kręgu
Kupowaleckim”, tj. w miejscowościach: Kupowalce, Nowe Gniezno, Lulówka, Szeroka, Czerwona i Boroczyce, w powiecie
horochowskim. Ataku dokonano
16 lipca z zaskoczenia Pierwszego dnia mordowano, drugiego
wyłapywano tych co zdołali się
ukryć. Na koniec Kupowalce spalono, a nawet wysadzono budynek szkoły. Łącznie zamordowano około 150 Polaków.
Jednym z bohaterów tej książki jest Roman Witkowski który
opowiada: Zawiadomił nas o tym
Heniek Łazowski z Lulówki, który przybiegł do Kupowalec i nawoływał do ucieczki. [….]……..
egzekucji dokonali w sadzie Kowalichy. Większość zamordowano
na miejscu . [….] Widziałem, że
ludzie biegli na łąki w stronę rzeki. Powiedziałem mamusi: „Ja
uciekam!”[…] Dobiegłem do łąk
i spostrzegłem, że od strony Haliczan ucieka bardzo dużo ludzi.
Ktoś spośród nich miał mocno
zakrwawioną koszulę – był to
Franciszek Wójcicki. Dołączyłem
do nich. […] Zaraz po tym zobaczyliśmy, że bandyci zaczynają
palić Kupowalce. Z czymś takim
nigdy się nie spotkałem – był to
przerażający szum impetu rozgrzanego powietrza, połączony
z ludzkim krzykiem i odgłosami
wystrzałów. A potem widzieliśmy,
jak Ukraińcy rabowali nasze mienie, ładowali
wszystko na
wozy i wywozili
w stronę Szerokiej i Haliczan.
[…]. Pamiętam łuny i słupy ognia, które
nad Kupowalcami utrzymywały się przez
całą noc. Tak
ginęła nasza
miejscowość, z
którą związane
były lata mojego dzieciństwa.
Czego Ukraińcy
nie zrabowali –
zniszczyli i spalili. Palili domy
i budynki gospodarcze nie tylko pomordowanych, ale też żyjących Polaków.
Warto przeczytać tą książkę,
by przekonać się jak wyglądała
prawda o tak zwanej wojnie polsko- ukraińskiej, jak próbują nam
to wmówić niektórzy ukraińscy
historycy
 
ФеликсовичДата: Пятница, 31.01.2025, 23:06 | Сообщение # 4
Император
Группа: Администраторы
Сообщений: 1981
Репутация: 1
Статус: Offline
Uciekałem wprost przed siebie

Relacja Czesława Sawickiego 

Kupowalce były małą miejscowością, zamieszkałą prawie wyłącznie przez Polaków. Mieszkało w niej też kilka rodzinukraińskich. Graniczyła z osadą
Nowe Gniezno, zamieszkiwaną
przez osadników wojskowych,
legionistów, przeważnie oficerów. Jednym z nich był na przykład generał Galica, posiadający
działkę o powierzchni 30 ha ziemi. Sam nie mieszkał w Nowym
Gnieźnie, zaś ziemię rozdzielił
między swoich trzech bratanków, dając im po 10 ha. Mieszkali tam też pułkownik Wróblewski, kapitanowie
Sówczyński i Wantuch, porucznik Sapatkiewicz i jeszcze wielu
innych, których nazwisk już nie
pamiętam. Na południe od Kupowalec rozciągała się kolonia
Lulówka, zamieszkała przez samych Polaków. Od strony zachodniej, do Kupowalec przylegały wsie Szeroka i Boroczyce,
ukraińsko-polskie, z przewagą
Ukraińców. Do I wojny światowej w rejonie tym nie było ani
szkoły, ani kościoła. Po odzyskaniu niepodległości, w okresie
międzywojennym, szkołę wybudowano i zaczęto budować kościół, którego jednak przed wybuchem II wojny światowej nie
ukończono. Po odzyskaniu niepodległości, przez wiele lat organizowano nauczanie szkolne
w domach mieszkańców wsi. I
tak w Kupowalcach dzieci uczyły się w domu mojego dziadka
Walerego Sawickiego, gdzie ja
sam pobierałem naukę przez trzy
lata. W Lulówce zaś prowadzili
w swoim domu szkołę państwo
Romana i Aleksander Łazowscy.
Od samego początku do tych
szkół chodziły zarówno dzieci
polskie jak i ukraińskie. Nie
było żadnych podziałów a dzieci
chodziły tam, gdzie im było bliżej. Po wybudowaniu szkoły w
Nowym Gnieźnie, wszystkie
dzieci z okolicznych wiosek
chodziły już do jednej szkoły, i
oprócz dzieci polskich czy ukraińskich, były nawet dzieci żydowskie (pamiętam trzech
uczniów i uczennicę pochodzenia żydowskiego ze wsi Haliczany). Wyraźnie podkreślam, że w
traktowaniu dzieci różnych narodowości nie było żadnych różnic i to nie tylko ze strony nauczycieli, ale i w gronie uczniów.
Po I wojnie światowej w Kupowalcach została przeprowadzona
komasacja gruntów. Mój dziadek, który gospodarzył na 40
hektarach, dostał dwie odległe
od siebie o półtora kilometra
działki, a ponieważ miał dwóch
synów, dla każdego przeznaczył
jedną z nich. Ojciec (starszy z
braci) dostał działkę przylegającą do wsi Szeroka, w której w
tym czasie mieszkali niemal
sami Ukraińcy. Tam wybudował
dom i z tego domu chodziłem do
szkoły, z racji zaś bliskiego sąsiedztwa, razem z ukraińskimi
dziećmi. Kolegami moimi byli
między innymi Kuźma Niżnik,
Iwan Wójtowicz i Maria Niżnik,
siostra Kuźmy. Do 1939 roku
żyliśmy w wielkiej przyjaźni.
Chodziły z nami również inne
dzieci ukraińskie, ale wymieniłem tych troje, bo oni, za kilka
lat, wstąpili do bandy UP-a po
to, by mordować Polaków. Kuźma miał nawet stopień podoficerski, a Marysia była łączniczką. Bardzo poprawne stosunki
polsko-ukraińskie uległy znacznemu pogorszeniu w 1939 roku,
po wkroczeniu sowietów na kresy wschodnie. Niektórzy Ukraińcy poszli na współpracę z sowieckimi okupantami – zaczęły
się donosy na Polaków, powodujące represje NKWD. Na początku jednak tylko niektórzy Ukraińcy byli do Polaków nastawieni
wrogo, bowiem sowieci zaczęli
„rozkułaczać” zarówno bogatych Polaków jak i Ukraińców
oraz represjonować zarówno
polską jak i ukraińską inteligencję. Nikt wszakże nie ma wątpliwości, że w poprzedzającym te
represje rozpoznaniu brali udział
miejscowi Ukraińcy. Na skutki
nie trzeba było długo czekać. 10
lutego 1940 roku, gdy obudzili-
 
ФеликсовичДата: Пятница, 31.01.2025, 23:08 | Сообщение # 5
Император
Группа: Администраторы
Сообщений: 1981
Репутация: 1
Статус: Offline
śmy się rano, zamieszkałe dotądprzez legionistów Nowe Gniezno - było puste. Wyły tylko psy,
zaś Ukraińcy rabowali resztki
dobytku. Mieszkańcy zostali
wywiezieni na Sybir. To był początek tragedii. Po pierwszej
wywózce nastąpowały w różnych miejscowościach kresowych kolejne. Pamiętam, jak
przygotowywaliśmy się na to, że
możemy znaleźć się w następnym transporcie. Robiło się zapasy żywności, a przede wszystkim suszonego pieczywa i
czekało na swą kolejkę. Kiedy
Niemcy, przepędziwszy sowietów wkroczyli na nasze ziemie,
wydawało się, że ten koszmar
minął. Był to jednak dalszy ciąg
tragedii. Niemcy utworzyli policję ukraińską i oddali w ich ręce
wiele urzędów. Zaczął się terror.
Policja ukraińska dokonywała
aresztowań Polaków z byle powodu. Po miesiącu czasu od
wkroczenia Niemców zostali
aresztowani mój starszy brat
Zygmunt i sąsiad Aleksander
Łazowski, pod zarzutami przynależności do związku strzeleckiego i posiadania broni. Brat, w
1939 roku, w obliczu zagrożenia
najazdem, rzeczywiście został
powołany do obrony terytorialnej kraju. Wyposażony w karabin, wraz z kolegami, ochraniał
most i inne ważne okoliczne
obiekty. Po wkroczeniu Armii
Czerwonej wrócił do domu nocą.
Pamiętam, jak przyszedł do stodoły gdzie spałem, obudził mnie
i jak radziliśmy nad tym, co zrobić z bronią. Postanowiliśmy
ukryć ją przed NKWD, w tajemnicy przed ojcem, bo jak już
wiedzieliśmy, za posiadanie broni groziła wywózka rodziny na
Sybir. Karabin został zakonserwowany i zakopany. Nie zeszło
długo, gdy przyszło dwóch enkawudzistów i dwóch Ukraińców na rewizję. Nie znaleźli nic.
Kiedy najeźdźców sowieckich
zamienili najeźdźcy niemieccy,
Ukraińcy znów przypomnieli sobie o broni i aresztowali brata.
Został strasznie pobity, ale nie
przyznał się. W końcu zarówno
bat Zygmunt jak i jego kolega
Alek zostali zwolnieni. Komendantem policji w Kupowalcach
(polskiej miejscowości) był wtedy Ukrainiec Wawryszczuk a
jego zastępcą Romaszko. Nieco
później przeszli oni do band jako
ich przywódcy i stali się najbardziej znanymi w okolicy, bestialskimi mordercami Polaków.
Pod okupacją niemiecką terror
nasilał się stopniowo. W pierwszym okresie Niemcy przystąpili
do przymusowego wywozu robotników do Rzeszy. Pomagali
im w tym Ukraińcy, w związku z
czym wywózka dotyczyła przede
wszystkim Polaków. Zaczęły
tworzyć się dobrze zorganizowane bandy nacjonalistów ukraińskich, z którymi nieoficjalnie
współpracowała ukraińska policja. Już pod koniec 1942 roku
zaczęto dokonywać pojedynczych mordów. I tak w Łobaczówce, 6 km od Kupowalec,
wymordowana została rodzina
Zawilskich. W tej samej miejscowości, w dwa tygodnie później, Ukraińcy zamordowali Karola Wala, młodego człowieka
(kawalera), który przed wojną
należał do związku strzeleckiego. Choć w Kupowalcach nic się
jeszcze nie działo, zewsząd nadchodziły bardzo niepokojące
wieści. Było tak do marca 1943
roku. Na początku marca tego
roku moja rodzina przeżyła
pierwszy napad bandytów na
nasz dom. Tak jak wiele innych
domów w Kupowalcach i Lulówce był on dobrym celem, bo
postawiony był przy lesie, od
którego dzieliła go tylko droga.
Już od dłuższego czasu ja, wraz
z młodszym bratem Alfredem,
ze względów bezpieczeństwa
sypialiśmy w stodole. W domu
nocowali rodzice Anna i Michał
Sawiccy oraz siostry Monika i
Alicja. Tego dnia, gdzieś około
jedenastej w nocy posłyszałem,
że jedzie jakaś furmanka. Od
razu domyśliłem się, kto o tej
porze może jechać. Obudziłem
brata i zaczęliśmy obserwować,
co się dzieje. Furmanka zatrzymała się przy naszym domu. Zeskoczyło z niej trzech banderowców i udało na podwórko.
Zaczęły ujadać psy a oni podeszli pod drzwi. Zaczęli w nie walić pięściami i krzyczeli, by
otworzyć. Nikt im jednak nie
otworzył, więc próbowali wyważyć je siłą. Ale drzwi nie puściły. Podeszli więc pod okno i
kolbą karabinu wybili szybę.
Słyszeliśmy, jak ojciec zaczął
wołać o pomoc. Wtedy jeden z
nich strzelił do ojca przez okno.
Później okazało się, że nie trafił.
Ja zaś nie wiedziałem co mam
robić, bo byliśmy bezbronni (w
związku z tym, że dotąd było
spokojnie, karabin był zakopany), i w tych nerwach przyszło
mi do głowy, żeby gwizdnąć. A
gwizdałem na palcach bardzo
głośno. I gwizdnąłem, jak umiałem najgłośniej, trzy razy. Ku
mojemu zdziwieniu, bandytów
naprzód poderwało, po czym zaczęli uciekać w popłochu. Najprawdopodobniej myśleli, że
nadchodzi pomoc. Tej nocy już
się nie pojawili. Była to dla nas
wielka przestroga. Ponieważ
tego dnia bracia Zygmunt i Zenek pomagali dziadkowi i podczas napadu nocowali u niego,
postanowiliśmy się nie rozdzielać, a przede wszystkim nie nocować w domu. Podobne środki
ostrożności podjęła sąsiedzka
rodzina Łazowskich. Zaczęliśmy wspólnie wartować, został
odkopany karabin, który w dzień
był przechowywany w schowku
i wyciągany na noc. Spaliśmy w
stertach słomy i stodołach. Długo nie zeszło. W niedzielę palmową napadnięta została rodzina Łazowskich. Tak się złożyło,
że wartę pełniliśmy wspólnie z
Henrykiem Łazowskim. Ja miałem z sobą karabin. Nasza zmiana miała skończyć się o północy,
a podmienić nas mieli mój starszy brat Zygmunt i ojciec Heńka
Aleksander Łazowski. Heniek
przyszedł do mnie około godziny dziewiątej. Byłem gotowy.
Rodzina udała się do kryjówki
poza domem. Rozejrzeliśmy się
dookoła – wszędzie panowała
cisza. Zaszliśmy do domu Heńka, ale nikogo już nie zastaliśmy,
gdyż rodzina Heńka udała się
również do kryjówki poza domem w stercie słomy, z nimi zaś
mój brat Zygmunt, który miał
wartować od północy. Podeszliśmy pod ten schowek – nic niepokojącego nie zauważyliśmy, i
następnie udaliśmy się pod magazyn zbożowy. Tam usiedliśmy
na ganeczku. Była to dosyć jasna
noc księżycowa. Rozmawialiśmy po cichu – pamiętam, że o
karabinie, i o tym, że mamy niewiele oryginalnej amunicji, bo
był to karabin francuski „Libella”, ale też pasowała do niego
amunicja sowiecka. Łazowscy,
tak jak my, mieszkali pod lasem.
Tuż przy lesie stała duża szopa
na narzędzia rolnicze. W pewnej
chwili zauważyliśmy, że zza tej
szopy zaczęli wychodzić uzbrojeni bandyci. Było ich siedmiu.
Widzieliśmy jak zaczynają się
rozstawiać. Dwóch zostało za
szopą, dwóch zaszło dom od
tyłu, zaś trzech skierowało się
do drzwi wejściowych do domu.
Widzieliśmy, że to nie przelewki, a ponieważ znajdowaliśmy
się zbyt blisko, ostrożnie wycofaliśmy się za magazyn. Był tam
drewniany płot ze sztachet, łączący magazyn z budynkiem gospodarczym. Przykucnęliśmy za
nim i obserwowaliśmy dalsze
poczynania bandytów. Tymczasem ci, co podeszli pod drzwi
zaczęli w nie uderzać i wołać,
aby otworzono. W domu była jedynie babcia Łazowska-Bogacka, która im nie otworzyła.
Przypatrywaliśmy się temu z odległości mniejszej niż 20 metrów. Ja chciałem strzelać, bo
strzał był pewny. Nastąpiła krótka wymiana zdań ale, Heniek
był temu przeciwny. Ta krótka
rozmowa zwróciła na nas uwagę
bandytów. Zostaliśmy zauważeni i musieliśmy się wycofać.
Skierowaliśmy się w stronę lasu
i wskoczyliśmy do znajdującego
się tam rowu. Tu, nie pytając
Heńka, zacząłem strzelać. Bandyci szybko opuścili podwórko,
skryli się za szopą i zaczęli
strzelać w naszym kierunku. To
jednak nie przynosiło żadnych
efektów i wkrótce strzelanina
ustała. Siedzieliśmy w zupełnej
ciszy około czterdziestu minut.
Na nieszczęście, mój młodszy
brat Zenon, postanowił sprawdzić co się stało i biorąc z sobą
psa skierował się w stronę zabudowań Łazowskich. Podszedł do
szopy, prosto pod bandziorów.
Wtedy jeden z nich strzelił i trafił go pociskiem rozrywającym
w nogę, powyżej kolana. Kiedy
usłyszałem strzał, nie wiedząc
co się dzieje, zacząłem strzelać
w kierunku szopy. Wtedy zobaczyliśmy, że bandyci zaczynają
się wycofywać. Ale jeden z nich
podbiegł do leżącego na ziemi
brata, wymierzył do niego z karabinu i strzelił w głowę. Jak się
później okazało trafił w szczękę,
a kula wyszła drugą stroną. Bandzior powiedział „hotow” i dołączył do pozostałych, pośpiesznie
opuszczających zabudowania.
Nic nie wiedzieliśmy o tym, co
się stało, ale po pewnym czasie
usłyszeliśmy jęki. Udaliśmy się
w tym kierunku i znaleźliśmy
brata w okropnym stanie. Noga
była powyżej głowy i latała we
wszystkie strony. Nie bardzo
wiedzieliśmy co mamy robić, w
końcu przynieśliśmy drzwi z
kuchni, ostrożnie ułożyliśmy na
nich Zenka a Heniek i mój brat
Zygmunt przenieśli go na podwórko, ja zaś stałem w pogotowiu z bronią na straży, bo nie
byliśmy pewni czy bandyci nie
wrócą. Zaprzęgliśmy konie do
wozu i przewieźli brata do
dziadka w Kupowalcach, skąd
dalej do szpitala w Horochowie.
Ja przez cały czas konwojowałem furmankę z bronią gotową
do strzału. W Kupowalcach, po
tym napadzie, na jakiś czas
uspokoiło się. Jednakże z okolicznych miejscowości nadchodziły coraz straszniejsze wiadomości. Ukraińcy zorientowali
się, że niektórzy Polacy posiadają broń i pewnej nocy powiesili
na kuźni wezwanie, aby wszyscy
Polacy oddali broń, składając ją
na cmentarzu, a jeśli tego nie
zrobią, to wieś zostanie spalona.
Wielu (szczególnie starszych)
mieszkańców podporządkowało
się. Po pewnym czasie, do sztabu bandytów znajdującego się w
Szerokiej, wybrali się przedstawiciele mieszkających na tych
terenach od wieków rodzin - mój
stryj Bolesław Sawicki, Tadeusz
Gąsiorowski i Aleksander Gilewicz. W sztabie spotkali się z
przywódcą bandytów Gilem,
który zapewnił ich, że mieszkańcom, którzy mieszkają tu z dziada pradziada nic nie grozi, i że
mogą być o swoje życie spokojni. Jednakże fakty tego nie potwierdzały. Relacje uciekinierów
z innych miejscowości zaświadczały o dokonywaniu mordów
masowych. Im też mówiono to
samo, a potem mordowano bez
skrupułów. Tym niemniej zdania
na ten temat były podzielone,
gdyż niektórzy starsi ludzie łudzili się i wierzyli Ukraińcom,
choć było to tylko czekaniem na
swoją kolejkę. Po napadzie na
dom Łazowskich, szliśmy wszyscy na noc do Kupowalec i tam
wystawialiśmy wzmocnione
warty. Ja przebywałem w swoim
domu bardzo rzadko. Nawet nie
zjawiałem się tam na posiłki.
Mama wynosiła mi jedzenie pod
szopę, gdzie było złożone drewno budowlane, ponieważ ojciec
zamierzał budować stajnię na
konie, a wybuch wojny mu w
tym przeszkodził. Wobec przerażających doniesień o dokonywanych przez Ukraińców mordach
bezbronnej ludności, ważyliśmy
decyzję opuszczenia Kupowalec. I taką decyzję podjęliśmy
bodajże 14 lipca 1943 roku. Zaczęły się przygotowania. Mama
tego dnia wywiozła do miasta
powiatowego Horochowa moją
najmłodszą siostrę Alicję, zostawiając ją u księdza z naszej parafii Kobylińskiego, który w Horochowie schronił się już
wcześniej. 16 lipca, z rana, ojciec pojechał do kowala, by poprawić coś przy wozie. Czuło się
już najwyraźniej atmosferę niepokoju i wielu mieszkańców
Kupowalec i pobliskich miejscowości rozważało możliwość
opuszczenia swych domów. Zaraz po południu udałem się do
Łazowskich. Gdy tam trafiłem,
rodziców Heńka nie było, gdyż
około południa pojechali wozem
na znajdującą się w odległości
ok. 1,5 km, nowo kupioną od legionisty, pułkownika Wróblewskiego działkę, grabić uprzednio
wykoszoną mieszankę paszową.
Heniek i jego siostra Pelagia
udawali się tam również. Szedłem z nimi pieszo kawałek, a
następnie skręciłem do domu
pod szopę, gdzie mama przynosiła mi obiad. Jadłem obiad z
mamą, bratem Alfredem i siostrą
Moniką. Ojciec był u kowala a
brat Zygmunt u dziadka. Ledwo
skończyliśmy jeść, zobaczyliśmy, jak drogą maszeruje ogromna, licząca ze stu ludzi gromada.
Na czele szedł człowiek z harmonią, i posłyszeliśmy, że gra
melodię piosenki „Smert, smert
Lacham”. Była to jedna z grup
ukraińskich bandytów otaczających miejsca zamieszkania Polaków. Byliśmy bezbronni, bo w
ciągu dnia jedyny karabin, jakim
dysponowaliśmy, znajdował się
w schowku. Siostrze i bratu kazałem natychmiast uciekać w
zboże. Kolumna przeszła obok,
więc jeszcze nie byliśmy zorientowani w ich zamiarach, ale za
chwilę dostrzegłem, że kilku z
nich za sadem ustawia karabin
maszynowy nazywany przez sowietów „diechtiariowem”. Zostało przy nim trzech bandytów.
Pokazałem ich mamie i już wiedzieliśmy, co to oznacza. Prosiłem mamę, by uciekała, ale ona
uparła się, by iść do obory i wypuścić krowy. Ja ukryłem się i
widziałem, jak krowy wychodzą, w tym jednak momencie na
podwórko weszło trzech bandziorów. Skierowali się do obory a ja dosłyszałem ich słowa:
 
ФеликсовичДата: Пятница, 31.01.2025, 23:10 | Сообщение # 6
Император
Группа: Администраторы
Сообщений: 1981
Репутация: 1
Статус: Offline
„chto u was jest w chati?”. Niesłyszałem odpowiedzi, bo rzuciłem się do ucieczki, jednocześnie rozglądając się, czy gdzieś
nie widać siostry i brata. W tym
czasie oprawcy zawlekli mamę
do mieszkania, gdzie w okrutny
sposób ją zamordowali (zakłuta
została nożami). Dziadek Kuźmy Niżnika, który żył w przyjaźni z moim dziadkiem Walerym Sawickim, opowiadał
później mojemu bratu Zenkowi
(w szpitalu), że moja mama i
brat Alfred byli bardzo zmasakrowani. Mój ojciec w pierwszej
chwili skrył się w zbożu i siedział tam aż do nocy. W nocy
udał się do naszego sąsiada Nikoły Kowalczuka, który przechowywał go przez kilka dni.
Uciekałem wprost przed siebie i
doleciałem do rosnącej na środku pola niewysokiej czereśni.
Wdrapałem się na nią i zacząłem
rozglądać dookoła. Zobaczyłem,
że bandyci rozciągają się w tyralierę i po kilku kierują się do zabudowań. Wkrótce zostałem zauważony i w moim kierunku
posłano serię z karabinu maszynowego. Zaszeleściły liście, ale
nie zostałem trafiony. Prawie natychmiast zeskoczyłem i najprawdopodobniej Ukraińcy
uznali, że zostałem zestrzelony,
bo już więcej nie próbowali
strzelać. Ja zaszyłem się w zboża, zająłem pozycję na wzniesieniu i czekałem, co będzie dalej.
Dobrze widziałem odcinek drogi, która prowadziła ze Stojanowa do Beresteczka. Po drugiej
stronie tej drogi było kilka domów odległych ode mnie o jakieś 250 m. Mieszkała tam między innymi rodzina Gadawów.
W tym czasie, niczego nie podejrzewając, pracowali w ogrodzie. Była tam matka wdowa z
trójką dzieci, a najstarszy syn
miał 14 lat. Był z nimi również
przechowywany i ukrywany
przez tę rodzinę żołnierz sowiecki, który uciekł z obozu jenieckiego. Widziałem, jak skierowało się tam czterech
bandytów. Wszystkich mieszkańców bandyci zagonili do
domu. Tam matkę, jej trójkę
dzieci i żołnierza, w okrutny
sposób zamordowali. Właśnie
za tym domem pracowała przy
sianie rodzina moich sąsiadów -
Łazowskich. Gdy bandyci skończyli z Gadawami, wyszli na zewnątrz, a jeden z nich
przyklęknął i strzelił w kierunku
Łazowskich. Po tym strzale Heniek Łazowski rzucił widły i zaczął uciekać w kierunku Szerokiej. Gdy dobiegał do łanu
zboża, z tego zboża wyskoczył
bandzior z karabinem, chciał
Heńka zatrzymać, ale nie udało
się to, bo Heniek biegł bardzo
szybko. Ukrainiec zaczął go gonić i strzelać z karabinu. Strzały
nie były celne. Biegnąc Heniek
wpadał do domów i wołał:
„uciekajcie bo mordują!”. W
pierwszym domu na Szerokiej
goniący Heńka Ukrainiec dopadł
matkę i córkę Drewnowskie,
które zastrzelił. Heniek pędził
dalej i wpadł do domu rodziny
Gilewiczów (Aleksandra Gilewicza). Zaalarmował ich, po
czym wszyscy rzucili się do
ucieczki. Nie zdążył tylko dziadek Gilewicz, którego dopadł
Ukrainiec i zastrzelił. Heniek
biegł dalej przez Kupowalce i
alarmował innych mieszkańców.
Dzięki niemu wiele osób zdołało
uciec, przede wszystkim w zboża, i uniknąć śmierci. Kiedy Heniek Łazowski zaczął uciekać
przed bandytami, jego bliscy,
pracujący przy sianie, zaczęli
uciekać w kierunku wozu. Zobaczyli jednak, że w zbożu są
Ukraińcy i myśleli, że Heniek
został zabity. Byli zdezorientowani. Ale niedaleko mieszkała
rodzina niemiecka, więc postanowili tam się ukryć. Schowali
się w stodole. Nie udało im się
jednak uciec przed pogonią.
Bandyci ich dopadli. Mieszkająca tam Niemka Hapko opowiadała, że początkowo ją i Łazowskich zgonili razem do stodoły,
gdy jednak dowiedzieli się, że
jest Niemką puścili wolno. Widziała, jak matka Łazowska
klęknęła przed bandziorami i
prosiła, aby ją i ojca Łazowskiego zabili, a darowali życie córce
Pelagii, synowej Antoninie i jej
czteroletniej córeczce Inezie.
Ukraińcy zabili jednak z premedytacją naprzód małą Inezę, potem Pelagię, dalej Antoninę a na
końcu widzących to wszystko
rodziców Heńka Romanę i Aleksandra. Potem stodołę podpalili.
Nie wiadomo nawet, czy w momencie podpalenia wszyscy byli
już martwi. Wcześniej w domu
Łazowskich Ukraińcy zamordowali babcię Łazowską-Bogacką.
Tak zginęła rodzina Łazowskich.
Moją rodzinę spotkał łagodniejszy los. Siostra Monika ukryła
się dobrze w zbożu i przeżyła.
Brata Alfreda, który miał wtedy
14 lat, Ukraińcy złapali, zaciągnęli do mieszkania i w okrutny
sposób zamordowali. Ojciec zaś,
który był u kowala w Kupowalcach, jak już pisałem, zdołał się
uratować. Ja przez jakiś czas
siedziałem w zbożu, przez które
przeszła w kierunku Kupowalec
wspominana tyraliera bandytów.
Zauważyłem jednak, że od strony Lulówki zbliża się następna
tyraliera i bandyci idą gęsto,
więc wiedziałem, że nie mam
szans, i że nie było na co czekać.
Ruszyłem zbożami w kierunku
Haliczan. Była to wieś czysto
ukraińska i liczyłem na to, że
tam bandyci nie będą szukać, i
można będzie bardziej bezpiecznie ukryć się w zbożach. Tak też
zrobiłem. Znalazłem sobie dobrą
kryjówkę i przesiedziałem w
niej do nocy. Stamtąd też obserwowałem co się dzieje. Widziałem jak Ukraińcy plądrowali i
rabowali wszystko, co było w
zabudowaniach, słyszałem krzyki i wołania o ratunek mordowanych Polaków. Widziałem jak
czesali zboże i mordowali wyciąganych z niego niedobitków.
A gdy już zakończyli polowanie
na ludzi i zrabowali co się dało,
zaczęli palić Kupowalce. Wysadzili w powietrze szkołę i kościół. Spalone zostały całe Kupowalce i część Szerokiej. Część
zabudowań pod lasem nie była
tego dnia spalona, ale później
została rozebrana. Gdy nastała
noc, spod Haliczan wyruszyłem
w kierunku stacji kolejowej Horochów 2, obsadzonej przez
uzbrojoną placówkę niemiecką.
Aby tam się dostać, trzeba było
naprzód przejść przez dobrze
pilnowaną przez bandytów szosę
Horochów-Beresteczko. Noc
była bardzo jasna. Widać było,
że co kawałek stoją posterunki
bandytów i likwidują wszystkich, którzy przez tą szosę zamierzali przejść. W miejscu, w
którym się znalazłem, po drugiej
stronie szosy był mały wiśniowy
sad. Pomyślałem, że mogę przeskoczyć przez drogę i się w nim
schować. Długo obserwowałem
otoczenie i nie zauważyłem nic
podejrzanego. Więc zaryzykowałem. Kilka skoków i byłem po
drugiej stronie. Wpadłem między wiśnie, ale ku memu przerażeniu wprost na stojących tam
dwóch uzbrojonych bandziorów.
Znalazłem się przed nimi nie
więcej jak o jeden metr. Całe
szczęście, że i oni przestraszyli
się podobnie jak ja – krzyknęli
wprawdzie kto idzie, ale zanim
zdołali zareagować, wykonałem
zwrot i przeskoczyłem z powrotem na drugą stronę. Zaczęli
mnie wprawdzie gonić i strzelać,
ale w nocy miałem nad nimi
przewagę i zdołałem uciec. Udałem się więc w stronę Kupowalec. Tam była inna sytuacja, bo
teren był zasnuty gęstymi dymami a widoczność bardzo mała.
Jednakże ja znałem go bardzo
dobrze, w związku z czym mogłem przekroczyć drogę w miarę
bezpiecznie. I jeszcze jedna
przeszkoda – rzeka Gniła Lipa,
przez którą udało mi się przeprawić i znaleźć przy torach, prowadzących do stacji. I tak dotarłem do stacji Horochów 2, gdzie
było już bezpiecznie i gdzie
znajdowali się pierwsi uciekinierzy a ciągle przybywali nowi.
Był to już wczesny ranek, 17 lipca 1943 roku. Niemcy dali nam
ochronę, zaś wszystkich zdrowych i sprawnych, a przede
wszystkim młodych przewieźli
do Horochowa, tam podzielili na
grupy – jedną samotnych, drugą
żonatych z rodzinami jak też
osobno całe rodziny i zakwaterowano gdzie to było możliwe -
w domach pożydowskich, bądź
u dobrych ludzi. Znalazłem się
w pierwszej grupie, która składała się z ludzi najsprawniejszych, w większości młodych,
nie obarczonych koniecznością
opieki nad bliskimi. Ustawiono
nas w czwórki i zaprowadzono
do gimnazjum, znajdującego się
obok budynku żandarmerii niemieckiej. Tam nas uzbrojono.
Mieli tam dużo broni sowieckiej, którą mogli przekazać bez
specjalnych formalności. Komendę nad oddziałem przejął
przedwojenny komendant
Związku Strzeleckiego z Poluchna - Muciewicz. Ze strony
niemieckiej, niejako zwierzchnikiem, został oficer niemiecki, z
pochodzenia Czech, który dosyć
dobrze mówił po polsku. Tak została stworzona legalna samoobrona, która miała na celu dać
odpór bandom, mordującym nie
tylko Polaków, ale i Niemców.
Odtąd zaczęła się nasza zorganizowana służba, którą pełnili w
zdecydowanej większości ludzie
tragicznie doświadczeni, z których niemal każdy przeżył utratę
swoich najbliższych. Działania
nasze miały przede wszystkim
na celu ratowanie niedobitków,
znajdujących się w okolicznych
zbożach i innych kryjówkach.
Po paru dniach zaczęliśmy przeszukiwać teren Kupowalec. Znaleźliśmy tam wielu żyjących
jeszcze mieszkańców, na przykład ukrywającą się w zbożu
przez 10 dni rodzinę Kazimierza
Gilewicza z dwójką małych
dzieci (rzecz jasna nie wiedzieliśmy wtedy, iż ratując niespełna
trzyletniego Krzysia, ratujemy
obecnego redaktora naczelnego
„Gazety Łańcuckiej” – Krzysztofa Gilewicza), mego ojca Michała Sawickiego, który jak
wspominałem w czasie mordu
był u kowala oraz bardzo wielu
innych mieszkańców Kupowalec i pobliskich miejscowości.
Naszym zadaniem było również
zaopatrywanie uciekinierów w
żywność. W związku z tym wyjeżdżaliśmy do miejscowości
penetrowanych przez bandy i
niemal z bronią w ręku kosiliśmy zboża, kopaliśmy ziemniaki
i zbierali inne nadające się do
spożycia płody i produkty tak,
by uratowani, lecz odcięci od
wszystkiego ludzie, mogli przeżyć. W mieście Horochowie
działała również samoobrona,
tylko że konspiracyjnie. Tworzący ją Polacy musieli ukrywać się
przed Niemcami. Zorganizowali
się, bo dużego ośrodka miejskiego (miasta powiatowego) pilnowało zaledwie 11 niemieckich
żandarmów, a była to zbieranina,
przede wszystkim ludzi starszych, nieprzydatnych na froncie. Samoobrona horochowska
działała przede wszystkim w
nocy, gdyż wtedy miasto narażone było na największe niebezpieczeństwo, jako że Niemcy
zamykali się na noc w swoich
budynkach, pozostawiając miasto na pastwę losu. Kiedy już
powstała nasza samoobrona, sytuacja zmieniła się, bo firmowaliśmy wobec Niemców wszystkie działające w mieście tego
typu polskie organizacje. Wspólnie wyjeżdżaliśmy bronić Polaków przed napaściami Ukraińców, mieliśmy też pod swoją
opieką majątek Koniuchy, gdzie
schroniło się bardzo dużo polskich uciekinierów, a który
ochraniało zaledwie czterech
Niemców. Tyle tylko, że dysponowali tankietką. Nas zaś było
tam zawsze około trzydziestu,
przy czym zmienialiśmy się co
trzy tygodnie. Na jesieni 1943
roku sytuacja zaczęła się stabilizować. Uchodźcy polscy rozjeżdżali się w różne strony, bandyci
ograniczyli swą aktywność, a
wszyscy czekali na zbliżający
się front. Zostaliśmy w Horochowie do lutego 1944 roku. Jak
już front był blisko, podążyliśmy za wycofującymi się Niemcami. Horochów na parę dni został bez opieki. Wystarczyło to,
by Ukraińcy mogli wysadzić
jeszcze w powietrze horochowski kościół. Udaliśmy się naprzód do Kamionki Strumiłowej, pod którą zatrzymaliśmy
się przez tydzień, potem parę dni
koszarowaliśmy w Żółkwi a na
koniec dotarliśmy do Rawy Ruskiej. W Rawie zostaliśmy przez
Niemców rozbrojeni. Niemcy
chcieli wykorzystać nas wysyłając na front zachodni (do Francji). W tym celu przetransportowano nas do Lwowa i postawiono
przed komisją lekarską. Tam
właśnie dowiedzieliśmy się o
ich zamiarach, co zadecydowało
o tym, że natychmiast rozproszyliśmy się, nawiązując łączność z organizacjami polskimi
we Lwowie. Chcę tu jeszcze
wspomnieć jeden szczegół. Pamiętam, jak po przywiezieniu do
Lwowa wysiadaliśmy z pociągu
śpiewając pieśń: „Pośród wichrów i zamieci, huku armat,
świstów kul, bronią Lwowa polskie dzieci, znoszą rany trud i
ból...” To było w tym czasie nie
do pomyślenia. Ludzie tłumnie
wybiegali na ulicę, gorąco nas
witając i wypytując skąd się tu
wzięliśmy i jakim jesteśmy wojskiem. Polacy płakali, Ukraińcy
zgrzytali zębami, zaś Niemcy
nic nie rozumieli, bądź udawali,
że nic nie rozumieją. Nasza samoobrona rozpierzchła się we
Lwowie. Każdy udał się w swoją
stronę. Ja ze Lwowa przyjechałem do Białobrzeg i mieszkam w
nich do dzisiaj.

Relacja [jedna z pięćdziesięciu],
Czesława Sawickiego , urodzonego 24.04.1923 roku w Kupowalcach, gmina Brany, pow. Horochów, woj. wołyńskie, spisanaw czerwcu 2000 roku, uzupełniona, poprawiona i autoryzowana w dniu 8 lipca 2003 roku,
zamieszczona w II części książki Krzysztofa Gilewicza „Krzyż Wołynia”.
 
  • Страница 1 из 1
  • 1
Поиск:


Copyright MyCorp © 2026